Walentyna Poczykowska, w Fastach niecały rok – od 1965 do 1966

W Fastach niecały rok – od 1965 r. do 1966 r.

W PRL-u każdy większy, szanujący się zakład pracy musiał mieć zespół muzyczny. Fasty miały Diamenty. W swoim czasie była to jedna z najpopularniejszych big-bitowych kapel w Białymstoku, a nawet w regionie. Walentyna Poczykowska miała swój udział w jej powstaniu. Śpiewanie w Diamentach otworzyło przed nią muzyczną ścieżkę. Całe życie była potem zawodowo związana z muzyką.

Miała 18 lat (nosiła wtedy panieńskie nazwisko Gierasimiuk), kiedy brat ściągnął ją do Fast. Od jakiegoś czasu tam pracował, odpowiadał za gazetki ścienne oraz inne plastyczne dekoracje w kombinacie. Dowiedział się, że fabryce powstaje zespół muzyczny. Grał na gitarze, a ona dobrze śpiewała. Została solistką. Jednak musiała mieć też stanowisko związane z włókiennictwem, tzw. „normalną pracę”. Zatrudniono ją na stanowisku zapisywacza produkcji w wykańczali, która też właśnie się tworzyła. Kiedy przyszła do pracy, na początku nie miała co robić, bo trwał jeszcze rozruch. Potem pamięta, że siedziała w jakimś kantorku za szybą i widziała mężczyzn noszących bale materiału. Coś jej dyktowali, ona zapisywała, ale nigdy nie wciągnęła jej ta praca. Po kilku miesiącach przenieśli ją do rachuby, gdzie też liczyła słupki, ale wiedziała już, że nie zostanie w Fastach. Poszła tam dla muzyki. W fabryce wytrzymała rok, w Diamentach śpiewała dwa lata. Kiedy odeszła z kombinatu zapisała się na studia muzyczne. Została zawodowym muzykiem. Do tej pory utrzymuje jednak kontakty z kolegami z zespołu, na przykład z Andrzejem Zubryckim, znakomitym gitarzystą. Diamenty działały ponad 10 lat i miały spore sceniczne sukcesy.

Zielone światło dla big-bitu

W połowie lat 60. każdy szanujący się zakład pracy chciał mieć swój zespół muzyczny, i to nie ludowy. Miał być kontrą na to, co się działo na Zachodzie, i co nie powinno deprawować socjalistycznej młodzieży. W cenie były grupy grające big bit do rodzimych, niekontrowersyjnych tekstów. Triumfy święcili wtedy Niebesko-Czarni czy Czerwono-Czarni. Na ich koncertach pojawiały się tłumy.

Inicjatorzy powstania Diamentów dostali więc ze strony Fast zielone światło i naprawdę profesjonalny, jak na ówczesne czasy sprzęt: instrumenty (po perkusję pojechali aż do Łodzi), nagłośnienie oraz miejsce na próby. Niektórzy muzycy byli nawet na fikcyjnych etatach, przypisani do jakiegoś działu, w którym pojawiali się raz na miesiąc. Ona takich forów nie miała. Oczywiście, jeśli występ odbywał się w czasie godzin pracy, jak np. w Dzień Włókniarza, to była zwalniana. Ale na koncerty i próby chodziła raczej po pracy. Fasty załatwiały sobie Diamentami różne okolicznościowe i propagandowe imprezy. W fabryce był jeszcze teatr prowadzony przez aktora z Teatru Dramatycznego Zielińskiego. On przygotowywał skecze czy jakieś kabaretowe, niepolityczne numery, a po nich występowały Diamenty i w ten sposób Fasty miały gotowy program z częścią artystyczną, która pasowała na niemal każdą okazję, czy to 1-go Maja, czy rocznicę Rewolucji Październikowej. Grywali dla VIP-ów, odwiedzających kombinat. Przyjeżdżały delegacje z Łodzi, Pabianic, Bełchatowa. Miewali także występy wyjazdowe, np.: w Hajnówce czy Bielsku Podlaskim. Pani Walentyna na koncerty zagraniczne najdalej wyjeżdżała do Grodna w ZSRR. To była też okazja by coś zarobić. Tam wiozło się peruki, ojciec zapakował jej też 10 ortalionowych kurtek na handel. Muzyków w delegacji na granicy nikt nie kontrolował. Cały towar hurtem sprzedała na targu w Grodnie. Z powrotem wiozło się złoto. Ale kiedy poszła do jubilera, nic jej się nie podobało. Kupiła tylko obrączkę i srebrną łyżeczkę (ma ją do dziś), a resztę rubli przywiozła do Białegostoku. Ojciec śmiał się, że bizneswoman to z niej nie będzie.

Kantorek Jankowskiego

Radiowęzeł czyli kantorek Janusza Jankowskiego, kierownika Diamentów, mieścił się tuż za wejściem do Fast, przy portierni. Przygotowywał w nim komunikaty, które przez toczki rozlegały się na wszystkich halach. Najbardziej jednak zależało mu na Diamentach. To tam najczęściej spotykali się na próby. Trzon grupy stanowiło pięć osób, choć czasami, na koncerty ktoś dołączał: skrzypek lub akordeonista.

Janusz Jankowski był niekwestionowanym liderem Diamentów i bardzo myślącym człowiekiem. Spajał zespół, często spotykali się u niego w mieszaniu na imprezach. Czasami wypuszczali się gdzieś w plener na trzech motorach: Jankowski z żoną na jednym, pozostali w różnych konfiguracjach. Do niego należało opracowywanie repertuaru, pisał teksty. Często słuchał radia Luksemburg czy BBC i nagrywał zachodnie przeboje na magnetofon taśmowy. Znał trochę angielski, ale najczęściej kopiował linię melodyczną i wymyślał do niej własne słowa. Przygotowywał świetne aranże. Największym hitem Diamentów w tamtym okresie był „Blowe the wind” Boba Dylana, który po polsku brzmiał „Odpowiedź niesie wiatr”. W zespole każdy miał swoją partię, Walentyna Poczykowska wykonywała swój repertuar – 10 piosenek. Śpiewała popularne hiciory, takie jak: „Mały Pan”, „Portofino”, „Banjo boy”. W repertuarze były też szlagiery Szczepanika czy Alibabek. Podział dokonywał się naturalnie. Kiedy ona śpiewała inni tworzyli chórek, potem ona schodziła na plan dalszy, a na przód wychodził kto inny. Nie było to męczące.

Diamenty były rozpoznawalne

Co sobotę grali dla Fastowiaków na potańcówkach w Związkach Zawodowych (w budynku dzisiejszej Famy). Zawsze przychodził na nie tłum. Zespół miał służbowy stolik blisko sceny. Jankowski bardzo pilnował, by przed występem nikt nie pił, potem bywało już różnie. Często wprowadzała na salę koleżanki. Dzięki niej nie musiały płacić za wejście. Kiedy już odśpiewała swoje szła na parkiet tańczyć z innymi.

Za występy płacono. Nie było to dużo. Najbardziej zaangażowani dostawali 100 zł, ona, jako że śpiewała tylko 10 piosenek, połowę tej stawki. 50 zł wystarczało wówczas na kupno dwóch par lepszych pończoch. Nie były to duże pieniądze. Ale też nikt wtedy tak bardzo na kasę nie patrzył. Bardziej liczyło się towarzystwo, żeby mieć z kim pogadać, razem spędzić fajnie czas. Kiedyś w nagrodę dostali dwutygodniowy pobyt w Karwicy. Wszystkich to chyba bardziej ucieszyło niż jakaś premia. To były super wakacje, które pamięta do dziś. Robili sobie próby, a wieczorami bawili się przy ognisku.

Muzycy, nawet big-bitowi nie mieli wówczas statusu gwiazd w dzisiejszym rozumieniu. Choć członkowie zespołu byli rozpoznawali w Białymstoku. Mieli nawet grupę fanów. Nie czuła się jednak sławna, nie musiała się jakoś specjalnie przygotowywać do występów. Sama robiła makijaż, miała jedne pantofle na półsłupku. Sukienki też szyła sama, raczej proste, zwyczajne. Żyło się skromniej, na scenie nie było tylu świateł, kreacji, za to panował niewymuszony luz. Nikt nie traktował tego jak pracy, wszyscy się chcieli bawić.

Skip to content