Coś więcej niż miejsce pracy.
Pracowała w Fastach od października 1967 roku. Zaczęła jako uczennica na tkalni. Przez trzy miesiące uczyła się zawodu: jak prowadzić maszynę, jak wiązać rwące się nitki, jak reagować, gdy coś się zacina. Praca od początku była ciężka i niebezpieczna, ale oczywiste było, że „trzeba pracować”.
Tkalnia była sercem zakładu. W długich halach stały krosna Textima i Galileo. Cecylia pracowała na włoskich Galileo. Tkało się głównie krateczki i drobne, użytkowe wzory – pościelówkę i tkaniny na ubrania robocze. Żadnych efektownych żakardów, tylko proste wzory, które później wykańczalnia nadrukowywała na białych tkaninach w kwiaty i desenie. Na jednej zmianie na tkalni pracowało około 200 osób, w większości młodych. Wszyscy się znali, do dziś, kiedy spotykają się w mieście, wracają wspomnienia z hali.
Poduszka drgała od huku
Najmocniej zapamiętała huk. Przez pierwsze dni po pracy miała wrażenie, że nawet w domu, w nocy, poduszka pod głową wciąż drga od maszyn. Po tygodniu organizm przywykł, ale hałas nie znikał. Na uszy dawano ochraniacze, które tylko częściowo tłumiły dźwięk. Na co dzień trzeba było mówić do siebie bardzo głośno, często odgadywać słowa z ruchu ust. Rozmowy były krótkie, urywane, podporządkowane rytmowi krosien.
Praca odbywała się na trzy zmiany. Pierwsza zaczynała się o piątej rano i trwała do trzynastej. Druga – od trzynastej do dwudziestej pierwszej. Trzecia, nocna – od dwudziestej pierwszej do piątej rano. Nocne zmiany były najcięższe, szczególnie zimą, gdy wychodziło się i wracało w ciemności. Pewnym oddechem był piątek: pierwsza zmiana kończyła o trzynastej, a następny raz przychodziła dopiero w poniedziałek na siedemnastą.
Kradzieże „na pociągi”
Każdy miał legitymację pracowniczą – prostą przepustkę. Na dziale był pokoik, w którym kierownik zbierał je na czas zmiany. Po pracy, przy trzynastej, wszyscy jak najszybciej przebierali się i wybiegali z hali. Najważniejsza zasada: z zakładu nie wolno wynieść niczego. Na portierni odbywała się kontrola, sprawdzano torby, ubrania. Nawet za mały skrawek materiału można było mieć kłopoty.
Mimo to zdarzały się kradzieże. Najgłośniej było o tych „na pociąg”. Gdy skład z belami tkanin ruszał spod magazynów, z wagonów wyrzucano paczki w pole, w zboże rosnące wzdłuż torów. Tam, w ukryciu, czekał już ktoś „swój”. W skali ogromnego kombinatu straty nie były może największe, ale wszyscy wiedzieli, że takie rzeczy się dzieją.
Na składalni
Z czasem huk i tempo tkalni stawały się coraz bardziej uciążliwe. Mąż Cecylii, związany z zakładem, pomaga jej przenieść się na składalnię. Stoją tam duże składarki, które przyjmują z wykańczalni ogromne bele tkanin. Cecylia pracuje jako kontroler jakości. Przy przeglądarce ogląda metry materiału, szuka niedobarwień, pasów, innych błędów. To, co wyszło z wykańczalni, powinno być już „czyste”, ale czasem jeszcze trzeba wyłapać wady, zdecydować, do którego gatunku zaliczyć tkaninę.
Ze zrolowanych wałów robi się sztuki zwijane – po 50 albo 80 metrów. Każdą trzeba rozwinąć, obejrzeć, zwinąć ponownie, zastemplować, oznaczyć gatunek i przygotować do magazynu. Pod koniec kwartału napięcie rośnie: plan produkcji musi się zgadzać, magazyn czeka, bo pod zakładem stoją pociągi gotowe zabrać ładunek.
Dużą część tego, co przechodzi przez jej ręce, stanowią drelichy i tkaniny na ubrania robocze. Zapotrzebowanie na nie jest ogromne, większość partii trafia do Związku Radzieckiego. Oprócz zwykłych tkanin roboczych pojawiają się specjalne, niepalne materiały dla hutników i strażaków. Nie produkuje się ich od podstaw w Fastach – są przywożone do wykańczalni, gdzie się je barwi, suszy, dekatyzuje, a potem kroi. Ich właściwości sprawdza się na specjalnych tablicach, w obecności brakarza. Na każdej tkaninie zaznacza się, która zmiana za nią odpowiada. Strzałki i dopiski „zmiana pierwsza”, „zmiana druga” porządkują odpowiedzialność.
Ciężko, ale razem
Fasty we wspomnieniach to nie tylko hale produkcyjne, ale całe otoczenie. W najlepszych latach zakład zatrudnia do siedmiu tysięcy osób. Kombinat tworzy własny świat. Za główną bramą, po lewej stronie, znajduje się duża przychodnia. W pobliżu działa szkoła zakładowa. Na terenie jest szewc, jest agencja pocztowa, funkcjonują sklepy przeznaczone dla załogi.
Zakład ma własną świniarnię koło Doktorc. Mięso trafia do zakładowego sklepu. W określone dni poszczególne działy mają przydziały – jednego dnia jeden, drugiego inny – wtedy można kupić wędlinę i mięso, co w realiach braków w sklepach ma znaczenie. To wszystko wzmacnia poczucie, że kombinat jest czymś więcej niż tylko miejscem pracy – to wspólnota.
Na produkcji obowiązuje zakaz alkoholu. W realiach akordu i ciągłego ruchu i tak trudno byłoby znaleźć na niego miejsce. W warsztatach, u elektryków czy hydraulików, bywa luźniej. W składalni obchodzi się imieniny z kawą i ciastem. Cecylia mówi o bliskich relacjach. Ludzie pomagają sobie nawzajem, dzielą się przepisami wspierają się w codzienności. Powtarza dwa słowa: ciężko, ale razem.
Projekt „Fasty – kolejne historie” jest kontynuacją prac nad zebraniem, opisaniem i upamiętnieniem historii Zakładów Przemysłu Bawełnianego Fasty, które w latach 60. i 70. determinowały życie niemal każdej rodziny w Białymstoku. Zadanie dofinansowane ze środków z budżetu Miasta Białegostoku.