Barbara Kapuścińska – w Fastach od 1976 roku do końca istnienia kombinatu

Fasty wyróżniały się wzornictwem

Aż do 2020 roku, kiedy przeszła na emeryturę, nie zmieniła miejsca pracy, za to przeobrażał się sam zakład, który ją zatrudnił. Wielu pyta, dlaczego tak długo wytrzymała w Fastach. Odpowiada zawsze tak samo: bo to była super praca. Tam się ciągle coś zmieniało: moda, wzory, potrzeby, otoczenie i sam kombinat.

Jej stanowisko pracy nazywało się „plastyk projektant”. Zobowiązywało ją ono do tego, by miesięcznie wykreować określoną ilość wzorów na zadane produkty. W PRL-u panowała centralizacja i Fasty nie mogły wdrażać projektów do produkcji według własnego uznania. Zaprojektowane tkaniny wiozło się do Centralnego Laboratorium Przemysły Bawełnianego. Specjalna komisja składająca się z artystów i VIP-ów z branży oceniała prezentowane wzory względem atrakcyjności i stawiała stopnie jak w szkole – 5,4,3 lub odrzucało go w całości, co się prawie w ogóle nie zdarzało. Komisję przechodziły pozytywnie raczej wszystkie przedłożone projekty, każdy był też produkowany, choćby w krótkich seriach, ale tylko niektóre były wdrażane do masowej produkcji.

Wzory łatwe, trudne i bardzo trudne

Każdy projektant musiał przedstawić komisji w Łodzi sześć wzorów łatwych lub trzy trudne lub dwa wzory bardzo trudne. Łatwy wzór to na przykład kropeczki czy paseczki, które można w prosty sposób zwielokrotniać. Trudniejsze, to bardziej złożone, pogrupowane kompozycje tych mniejszych elementów. Do bardzo trudnych natomiast zaliczano malarskie kompozycje, wykonane z rozmachem, swobodne, np. kwiaty, rośliny, abstrakcyjne ornamenty. Często były to duże obrazy, nie raz zajmujące cały brystol 70 cm na 100 cm, bo wtedy rysowało się na papierze. Produkcja nie lubiła tych trudnych. Często narzekała, że tego się nie da zrobić na tkaninie, ale artystki tworzyły zgrany zespół, upierały się. Przerysowanie takiego trudnego wzoru na tkaninę podejmowała się najczęściej Irena Garbiec, wspaniała rysowniczka, która kolor po kolorze, metodą zagęszczających się punkcików, przekładała fantazję projektantek na folie, by można je było nadrukować na materiał. To była benedyktyńska praca.

Barbara zwykle rzucała się na głęboką wodę. Lubiła te trudne wzory Była nakręcona, świeżo po studiach artystycznych (w Łodzi skończyła kierunek projektowanie tkaniny), ciągle podnosiła sobie poprzeczkę. Zaprojektowała na przykład tkaninę inspirowaną malarstwem Paul Gauguin i wieść fastowska niesie, że kawałek tej tkaniny został zakupiony do Muzeum Gauguin na Tahiti. Robiła też wzory na zamówienie firmy Dana, która szykowała kolekcję sukienek. Firma rzucała temat, np. wieś i rysowała tzw. jednoraportowy wzór, np. koguta, do tego seria polnych kwiatków. Był też temat motyle. Musiała się trochę przy tym wysilić.

Hit sprzedażowy

Hitem sprzedażowym okazał się jej wzór „Karawana” produkowany na tkaninach pościelowych. Był to romantyczny zachód słońca, w ciepłych barwach – inspirowany popularnym kiczem. Nie bardzo jest z tego dumna, bo wcale nie uważa, że to jej najlepszy projekt, ale właśnie on nie schodził z produkcji przez lata. Jeszcze latem 2022 widziała suszącą się na jednym z białostockich balkonów, poszewkę w jej „Karawaną”.  Dobrze się sprzedawały projekty sukienkowe, ale ich żywot był krótszy.

Fasty wyróżniały się wzornictwem na tle innych polskich zakładów włókienniczych. Kiedy projektantki przyjeżdżały na ocenę do Łodzi zaraz szedł szum: „O Fasty zaraz się pokażą”. Komisja doceniała białostockie projekty. Kombinat słynął z utalentowanych artystek i ciekawych pomysłów. Barbara pracowała z Krystyną Nowelską, artystką malarką, z Haliną Multon, która wcześniej była projektantką w Centrum Wzornictwa w Warszawie, projektantką Barbarą Kryszeń. Później doszła do zespołu Ewa Wrażeń, Ewa Chacianowska, Irena Garbiec, która przeszła w rysowni, gdzie nasze prace przepisywano na wzory tkackie albo druk.

Wzory tkane i drukowane

Specjalistką od wzorów tkanych była Gertruda Rzepecka. Z świetnymi efektami zajmowała się też tym Beata Palikot. Dobierały kolory wątków, osnowy, tworząc bardzo ciekawe melanże itd. Zawsze miały tylko problem z kolorami. Nie mogły sobie zamarzyć, że chcą brzoskwiniowy różowy, ponieważ akurat były do dyspozycji tylko określone barwy. Tkane wzory to właśnie te słynne fastowskie kratki, popularnie określane jako kuchenne. Kratki te miały różną wielkość i były zazwyczaj dwukolorowe: czerwono-biała, żółto-biała, granatowo-biała. Cały czas zresztą nie wyszły z obiegu. Fastowskimi kratkami określano też na tkaniny koszulowe, tzw. „Ulki” (tak się nazywał ten materiał mieszanki bawełny).

Przy deseniach drukowanych można było bardziej rozwinąć fantazję, ale one też miały swoje ograniczenia. Na przykład można je było rozpracować maksymalnie na 7 kolorów. Przy płaskich wzorach było to proste, ale kiedy robiła pędzlem cieniowanie i na papierze wychodziło kilka odcieni, to do przełożenia tego na tkaninę, potrzebny był zręczny rysownik. Nie każdy chciał się tego podjąć, prekursorką była Irenka Garbiec.

Trzeba się było trzymać też technicznych wytycznych. Obrazek miał być powielany, na długość to mogło być kilka kilometrów, ale szerokość wyznaczały krosna i to było na przykład 150 cm. Moduł musiał się powtarzać tak, by nie było widać połączeń. Jeśli ten warunek nie byłby spełniony projekt nie zostałby zatwierdzony.  Deseń więc kalkowało się w górę, w dół i na boki, tak by nie było widać łączeń. Teraz wyręcza projektantów i projektantki w tym komputerowa multiplikacja.

Problem z farbami

Zaakceptowany projekt trafiał na rysownię. Tam na specjalnych foliach (astralonach) tuszem rysowniczka przenosiła każdy kolor na osobną warstwę – maksymalnie 7 folii. Do niej należało też wypełnienie wzorem całego formatu drukarskiego, czyli powierzchni 1500 mm na 640 mm. Nawet jeśli to były tyko proste kropeczki to musiała starannie zapełnić nimi całą folię. Później wzór szedł do szablonowni, do naświetlania. Tam powstawała metalowa siatka i wtedy projekt gotowy był w zasadzie do produkcji.

Najpierw odbywała się próba korekcyjna. Drukowano od 30 do 50 metrów materiału. Technicy rozpisywali kolory na odpowiednie mieszanki farb. Z podstawowymi nie było problemu, ale kiedy chciało się wydobyć jakąś bardziej zniuansowaną barwę, to potrzebny był bardzo dokładny opis, ile gramów i której farby użyć. Nie raz po próbnym druku widać było, że kolor nie wyszedł. Trzeba go było poprawić, stworzyć nową mieszankę i tak czasami wiele razy.

Przy farbach pigmentowych efekt widać od razu, ale były też takie barwniki, które tkanina wchłaniała i dopiero po ich dogrzaniu i wypraniu widać było jakie są prawdziwe kolory. Jednym z najlepszych fastowskich technologów była Irena Kozicka. Zazwyczaj robiło się kilka wersji kolorystycznych danej tkaniny.

Raz się zdarzyło, że Barbra się postawiła, bo to co zostało wydrukowane w ogóle nie przypominało jej projektu, było nie do przyjęcia. Protestowała, ale drukarz powiedział: „A mnie się podoba”. Takie nieliczne nieudane projekty zalegały potem w głębiach magazynów.

Dyktat rynku

Wzory narzucała także moda. W latach 60., kiedy zaczęła się era wiskozy, dominowały kwiatowe, drukowane wzory na sukienki, np. łączki. Potem druk zaczął pojawiać się też na męskich koszulach. W latach 70. kilka razy była na targach we Frankfurcie i raz w Paryżu, żeby podpatrzeć nowe, europejskie trendy. Wyjazdy te fundowała łódzka Centrala. W latach 90. nastała era kory pościelowej. To był wielki boom. Robiły wtedy dużo bardzo wzorów, do tego trzeba było zaprojektować opakowania. Musiały się na nich znaleźć zdjęcia z pościelą zaaranżowaną na łóżku. Taką scenę trzeba było przygotować. Rozpoczęła się współpraca z fotografem. Hitem były też tkaniny spieralne, stylizowane na stare, przetarte na szwach czy stebnówkach. Fasty zaczęły chyba wytwarzać je jako pierwsze w Polsce. Cezurą był rok 2000. Wtedy w pracowni pojawił się komputer i zaczęła projektować na ekranie. Wydawało jej się, że nigdy nie przejdzie na komputer, nie przyzwyczai się, ale stało się inaczej. Stanowi teraz poręczna narzędzie, z którego chętnie korzysta. Fasty w tym okresie nawiązały współpracę z sieciówkami, produkowały także pod ich zamówienie. Projekty nie musiały być już centralnie zatwierdzane. Wzory zaczął dyktować rynek. Pojawiła się większa różnorodność, ale ani ona ani koleżanki nie dawały się „wpuścić w zachód słońca czy łabędzia”, którego nie chciały, który by im się nie podobał. Nawet wzory dyktowane przez klienta przepuszczały przez własną wrażliwość. Bardzo tego pilnowały. Nigdy nie kopiowały się nawzajem, każda miała swój styl. I choć były chyba najgorzej opłacanym w działem zakładzie, to nie przenosiły się do innych. Tworzyły dobry zespół.

Skip to content